możesz więcej cover

Możesz więcej, niż Ci się wydaje

Czy warto wierzyć w przypadki? Kasia Dziubałka, jedna z bohaterek książki „Liderki” albo miała wyjątkowe szczęście, albo oczy szeroko otwarte, dzięki czemu bierze od życia garściami wszystko to, co podsuwa jej los. Już teraz zmień podejście do swojego życia i zainspiruj się nową książką Patrycji Załug i Ewy Raczyńskiej. Przeczytaj fragment i działaj.

Ewa Raczyńska: Myślałaś, żeby zostać bizneswoman?

Kasia Dziubałka: Wyobrażałam sobie te wszystkie kobiety sukcesu w szpilkach, eleganckich garsonkach, z zawsze pomalowanymi paznokciami. Pachnące, uśmiechnięte pokazujące całe sobą, że właśnie osiągnęłam sukces.

Tymczasem…

O matko, tymczasem byłam rozczarowana. Przecież te kobiety biznesu to jakieś „uchetane” i umęczone babki z roll up’ami, banerami pod pachą. Pomyślałam, że jak tak ma wyglądać kobieta sukcesu, to ja dziękuję, nie skorzystam.

I?

I teraz sama tak biegam, jak one. I jest mi dobrze. I lubię to.

Co dzisiaj robisz?

Czwarty rok organizuję konferencje. Zaczynałam od konferencji dla kobiet, a teraz spotkania pod hasłem „Wielka Wymiana Kontaktów” są mieszanymi spotkaniami networkingowymi. Stworzyłam przestrzeń do wymiany wizytówek, połączoną z wykładami. Jeżdżę po całej Polsce, moderuję i prowadzę te konferencje. Poza tym związana jestem z Akademią Kobiet Sukcesu i Szkołą Liderek.

Skąd taki pomysł na biznes?

Teraz już wiem, choć wcześniej nie było to dla mnie oczywiste, że pomysł powstał w Szkole Liderek. Trafiłam tam przez właścicielkę Małgosię Smoczyńską, z którą znałyśmy się jeszcze ze szkoły średniej. Pracowałam już wtedy kilka lat w korporacji, w firmie amerykańskiej, w której zawsze marzyłam,żeby pracować. Zresztą kończyłam studia w Anglii z zamiarem dostania się właśnie do tej korporacji, do firmy, w której będę mogła posługiwać się angielskim. Bardzo lubiłam tę pracę. Międzynarodowe towarzystwo, szybkie tempo, dużo się działo, czułam się jak ryba w wodzie.

Pewnego pięknego dnia trafiłam na konferencję Akademii Kobiet Sukcesu.

Przypadkiem?

Tak, przypadkiem, jednym z zaproszonych gości była Beata Pawlikowska, a to był czas, kiedy pasjonowałam się podróżami i czytałam jej książki podróżnicze. Ona na swoim Facebooku napisała, że tego i tego dnia będzie podpisywać książki na konferencji. Wpadłam w środek imprezy, ale kompletnie nie interesowało mnie, co się tam dzieje. Natomiast okazało się, że wywiad z Beatą Pawlikowską prowadziła Małgosia Smoczyńska. Pomyślałam sobie od razu, że ona ma jednak fajnie, wiadomo świetnie się uczyła, pewnie trafiła do agencji PR, udało się jej znaleźć świetną pracę. No ja nie miałam takich świadectw, jak ona.

Jaka samoocena?

Szkoda gadać. Po głowie mi chodziło: „Widzisz, ona ma super pracę, bo się bardzo dobrze uczyła, a Ty Dziubałka na trójkach masz swoje korpo”. Kilka dni później przypomniałam sobie tę sytuację i sprawdziłam, co Małgosia robi, tak po raz pierwszy natknęłam się na Szkołę Liderek. Przez chwilę pomyślałam, że chciałabym mieć taką robotę, ale wiedziałam, że nie mam wykształcenia i szans na taką pracę, bo przecież jestem w zupełnie innym miejscu. Zresztą szybko o tym zapomniałam, bo miesiąc później wylatywałam na półroczny staż do Brazylii przydzielony mi z SGH.

Jeszcze studiowałaś?

Tak, wcześniej skończyłam anglistykę, a już pracując podjęłam studia na SGH. No i dostałam się na staż. Musiałam rzucić pracę, bo nie chcieli dać mi półrocznego bezpłatnego urlopu. To był czas, kiedy myślałam: „Kurczę, mam 26 lat, ten wyjazd będzie ostatnim studenckim wyrwaniem się, bo przecież już jestem taka stara”. Oczywiście wszyscy wokół dziwili się, że jak mogę rzucać pracę marzeń, byłam tuż przed awansem, zdążyłam się sprawdzić, świetnie sobie radziłam. Każdy powtarzał, że wyjazd na staż to głupia decyzja.

Nie bałaś się?

Uwielbiam podróżować i po roku pracy w korpo przerażała mnie myśl zaledwie dwutygodniowego urlopu. Zwłaszcza, że na studiach pracowałam, odkładałam pieniądze właśnie na jakieś dłuższe wakacje. Więc nie bałam się. Ostatecznie doszłam do wniosku, że skoro przyznali mi tę wymianę, którą mi się w ogóle nie należała, to lecę.

Jak to?

Ach, bo ja na SGH kompletnie sobie nie radziłam, ale zawsze wychodziłam z założenia, że lepiej spróbować, niż nie robić nic. Bo przecież co może Ci się najgorszego przytrafić? Najwyżej usłyszysz „nie”. Jeśli nie podejmiesz próby, to skreślasz siebie już na samym początku, nie dajesz sobie nawet najmniejszej szansy na zmianę.

I właśnie myśląc w ten sposób dostałam się na SGH. Tydzień przed egzaminami zadzwoniła do mnie przyjaciółka pytając, czy pójdę z nią zdawać na zarządzanie. Mi zawsze SGH się marzyła, bo myślałam, że ludzie, którzy tam studiują, uczą się super fajnych i mądrych rzeczy. „A co mi szkodzi iść” – pomyślałam. Przejrzałam testy stwierdzając, że wszystko jest tak nudne, że nie dam rady tego przyswoić. Pytania egzaminacyjne miały się składać w 30 % z angielskiego, więc wiedziałam, że z tym na pewno sobie poradzę, a reszta – zobaczymy.

Poszłam na egzamin kompletnie nie przekonana, czy chcę iść na te studia, ale jak już tam siedziałam, stwierdziłam, że dam z siebie 100%. I przyznaję się – wszystkie odpowiedzi z ekonomii spisałam od kolegi, który siedział poniżej i miał tę samą grupę na teście, co ja. Nawet swojego kalkulatora nie wyciągnęłam, kartka po kartce, czekałam, jaką odpowiedź on zaznacza i ja zaznaczałam tę samą. Stwierdziłam, że to będzie pewniejsze, niż gdybym sama próbowała cokolwiek rozwiązać.

Wróciłam z wakacji i okazało się, że jestem zaoczną studentką SGH. Stwierdziłam: „No dobra, jakoś dwa lata się przemęczę, w końcu mogę mieć certyfikat. Czemu nie spróbować”.

Przyjaciółka się dostała?

Tak, jest dzisiaj moją księgową. Najgorsze było, że ja już po pierwszym zjeździe przekonałam się, że to była iluzja, że ludzie na SGH uczą się fajnych rzeczy, że zajęcia są strasznie nudne… Widocznie potrzebowałam tego, żeby obalić własną wizję, że Ci faceci w garniturach są tacy ważni, mądrzy i że takie prestiżowe studia skończyli. Po pierwszym weekendzie wiedziałam, że to absolutnie nie moja droga. Ale wpłaciłam już zaliczkę na studia… Eh, zawsze robiłam jakiś dziwny krok do przodu.

Ostatecznie obeszłam wszystkie pierwsze zajęcia, zorientowałam się mniej więcej co i jak i z kim. Dziś uważam, że każdy może każde studia skończyć, bo wszystkiego można się nauczyć mniej lub bardziej.

A poza tym na SGH poznałam ludzi, którzy jeździli na wymiany zagraniczne, a że ja kochałam podróżować, pomyślałam, że to może być super okazja na taki wyjazd. Tyle tylko, że aby dostać się na wymianę brano pod uwagę średnią ocen… Cóż, moja daleka była od ideału. Ale przecież spróbować mogę, nic nie stracę. Ze średnią nie miałam szans, za to ogromnym plusem był mój angielski. Umiejętność posługiwania się językiem obcym przynosiła mi same korzyści, chociażby przy braku kasy zawsze mogłam uczyć, dawać korepetycje, cokolwiek. Inwestycja w te studia zwróciła mi się krotnie, płynnie mówić nauczyłam się mieszkając dwa lata w Anglii.

Ale wracając do stażu, w oko wpadła mi Brazylia, bo było aż sześć miejsc na uniwersytecie w Sao Paulo i tam można było studiować po angielsku. Miałam farta, bo na tę uczelnię ze wszystkich kandydatów zgłosiło się sześć osób. Mieli średnią średnią 5,0, 4,98, i ja szósta 3,5, ale skoro sześć miejsc, to wszyscy łącznie ze mną na wyjazd się załapali.

Mama moja mi mówiła: „Dziecko, przestań jeździć i trzymaj się pracy, którą masz”, znajomi powtarzali, żebym zeszła na ziemię…

Dalszą część historii Kasi przeczytasz w książce Ewy Raczyńskiej i Patrycji Załug: „Liderki”

Zdjęcie profilowe Patrycja Załug

Patrycja Załug

Trener

Witaj, jestem Patrycja Załug, jestem certyfikowanym coachem i dyplomowaną trenerką budowania pewności siebie, prowadzę Akademię Kobiet Sukcesu i Instytut Przemiany. Pracowałam w korporacji przez wiele lat, a potem zostawiłam ją, aby idąc za głosem serca poświęcić się robieniu tego, co kocham i w co wierzę.

Przejdź do paska narzędzi